niedziela, 1 sierpnia 2010

Muralowe zamiłowania nie rdzewieją

Niedziela z muralami - fantastyczna, ciepła (30 open - tak jak lubie), skąpana w słońcu, w mieście Wrocław, na piechotę. Dziś szukałam nowych street artowych poczynań. Moje polowanie było bardzo owocne i znacząco zasiliłam moje zbiory. Ci co się troszkę interesują tematem, może słyszeli o wystawie OUT OF STH. To już taka powtórka z rozrywki, a miejmy nadzieję, że i nowa świecka tradycja. Wydarzenie to przyciąga do Wro najlepszych polskich i europejskich artystów działających w przstrzeniach publicznych. Przy tej okazji powstają fantastyczne malowidła, takie jak te poniżej.

Powstała też specjalna mapa, dzięki której można sobie zorganizować wyjątkową, super fajną wycieczkę po Wrocławiu i zobaczyć te cacka oraz wiele innych.




Po więcej informacji zapraszam na stronę projektu. Jakby ktoś chciał przeglądnąć materiały z wystawy, to mam album, płytkę, mapki i oczywiście chętnie pożyczę. 

No i rzecz jasna zapraszam do oglądania mojej kolekcji, która rozrasta się i rozrasta z pomocą wielu fajnych ludzi:)!

piątek, 11 czerwca 2010

Jak ten chomik, któremu zabrali kołowrotek się mam


Rozbisurmaniłam się trochę sportowo. Dobrze znaczy, badzo dobrze nawet, mięśnie rosną, tłuszczyk znika, humor dpisuje, energia rozsadza;).

Bieganie, ścianka, bieganie, bieganie, bieganie, ścianka, ostatnio nawet jedna lekcja karate, bieganie, bieganie, ścianka, deszcz, deszcz, deszcz, upałłłłłłł, upał, upał, ale cholera ma znowu być deszcz.

I jak tu teraz żyć? Organizm domaga się biegania, biegania, biegania i ścianki. 

Rozwiązanie - polubić każdą pogodę:). Na mrozie biegałam, w upale to żaden wyczyn, no i deszcz w tym zestawieniu polubiłam. Inaczej się nie da, bo staję się jak ten chomik, któremu zabrali kołowrotek - głupio znaczy.

A wszystko dzięki dwum wyjątkowym dla mnie osobom: Wojtkowi, który namówił mnie (sama nie wiem jak) na bieganie i Wiśni, która zatargała mnie na ściankę.

Teraz moje stałe punkty tygodniowego planu, to jogging i wspinaczka. Na ścianie idzie mi średnio - w porównaniu do moich koleżanek jestem jeszcze przedszkolakiem, ale z tygodnia na tydzień widzę postępy. No i to co najważniejsze - baaardzo mi się to podoba!!!:).

Zresztą zobaczcie sami - pierwsze kroki na ścianie, nagrane i zmontowane przez kolegę Marty. Wejście dosyć mozolne, bo wszystko kręcone po ponad 3 godzinach wcześniejszego wspinania, ale najważniejsze, że cel osiągnięty:).

sobota, 3 kwietnia 2010

W oparach absurdu

Biegnij!! - powiedziało wewnętrzne fuj, wstawaj i biegnij. Już cały tydzień nie biegałaś leniu jeden, co za brak determinacji - karygodne, niedopuszczalne, niepoważne i takie typowe. To się nazywa słomiany zapał dziewczyno, albo i jeszcze gorzej!!!

Dobrze już, nie gderaj tyle - idę, biegnę, cicho już bądź!!! Ty fuj, żeby tak się człowiek musiał nasłuchać od własnego wewnętrznego fuj. Po co ja Cię w ogóle mam??

No i pobiegłam... Skłodowskiej przez most Zwierzyniecki na Pergolę. W międzyczasie minęłam aż 8 osób. Mam jednak rację - Wrocław to wiocha, tylko studenci wyjadą i żywego ducha jak na lekarstwo.

Wbiegam na Pergolę całą zalaną cudownym ostrym słońcem. Na środku widoczny przedłużający się remont fontanny zaburza znacząco ten spokojny, zwykle harmonijny krajobraz. I w tej oto scenerii, słyszę muzykę dobiegającą z wszystkich głośników zamontowanych dookoła pergoli. Jestem tu sama, a Traviatta Vergiego w tle, potem V Symfonia Beethovena i inne klasyczne utwory. Poczułam się jak w oparach absurdu, biegłam, słuchałam i śmiałam się. W oparach cudownego absurdu.

Jutro tam wracam!

A może to mi się tylko śniło.

Ech cudnie.

... Potem z powrotem przez Most Zwierzyniecki, wzdłuż Wyspiańskiego, do Mostu Grunwaldzkiego i Placem Grunwaldzkim do Skłodowskiej i ... pod prysznic.

niedziela, 21 lutego 2010

My chcemy do morza!

Wrocław po raz kolejny żądał dostępu do morza. Agitowały tłumy zgromadzone na szantowych koncertach. Atmosferta jedyna w swoim rodzaju. A pierwszą wskazówką, po której każdy wilk jeziorny, rzeczny czy morski, choćby i z zamkniętymi oczami rozpozna miejsce koncertu, jest nieodmiennie charakterystyczny, intensywny zapach stęchlizny, wrzarty w mury Wytwórni Filmów Fabularnych. Jakże ten aromat swoją drogą pasuje do tematu przewodniego. To chyba tak specjalnie organizatorzy wymyślili, wybierając z pełną premedytacją na siedzibę szantowego maratonu właśnie WFF.

Małe niedogodności w postaci niedostatecznej ilości toalet oraz piwa marki powszechnie mało znanej i lubianej, nie przeszkodziły nam w odpłynięciu w inną rzeczywistość i przypomnieniu sobie, jak to buja na łódce. Bo przecież bywa, że buja i to mocno, nieprawdaż? Pomagali nam szczególnie Mechanicy Szanty, Orkiestra Dni Naszych i Banana Boat.

Zatem dokładnie studiowaliśmy w formule weekendowej (niektórzy weekend zaczęli już w czwartek - przechodząc program dla zaawansowanych), kwestię złożonych zaburzeń błędnika, towarzyszących wszystkim tym, co na wodzie. Sprawa wymagała czasu, energii, współpracy i zaangażowania. Summa summarum zakończyliśmy w niedzielę o 5 nad ranem. Niektórzy z nas wracali potem na piechotę do domu, pozostali pierwszymi dziennymi tramwajami. Wszyscy udawali się na zasłużony odpoczynek regeneracyjny z mocnym postanowieniem powrotu za rok i kontynuacji niestrudzonej walki o dostęp do morza dla stolicy Dolnego Śląska. I tak do zwycięstwa.

(Dzięki za fajowy weekend!)


poniedziałek, 15 lutego 2010

Patologia

Dawno mnie tu nie było, blog przeleżał trochę odłogiem w pamięci mojej i drogich mi niezwykle Czytaczy. Niestety Czytacze przez moje porzucenie mogli już o blogu zupełnie zapomnieć. A jak o blogu to może i o mnie???? Bo jeśli prawdziwe jest określenie, że jak Cię nie ma w internecie, to Cię nie ma, to wniosek sam się nasuwa. Co też ja nalepszego narobiłam!!!!!:( 

No nic, w końcu jestem (podobno;)) optymistką - zatem może uda się to jeszcze wszystko odkopać i patologiczne zaniedbanie bloga obrócić w troskliwą i systematyczną radosną twórczość (rety, mam nadzieję, że chociaż trochę radosną - będę stawała na rzęsach, mogę recytować wierszyki, udawać Greka, zrobić telemark, co trzeba będzie zrobię, ale śpiewać lepiej nie będę...) 

Zatem projekt blog reaktywacja - uważam za ropoczęty. To jest taka moja wewnęrzna pierwsza istotna emanacja nadchodzącej wiosny. Bo moim zdaniem wiosna już nadchodzi. Możecie to nazwać naiwnością, pobożnym życzeniem, lub rozpaczliwym pragnieniem, ale coś czuję że najdalej za 14 dni, 10 stopni na plusie, to będzie nasz chleb powszedni. Czy ktoś jest chętny do zakładów? Zapraszam serdecznie:) 

A teraz szampan dla Wszystkich i do zobaczenia wirtualnie i na żywo;)!