poniedziałek, 29 grudnia 2008

Czekając na święta

Co roku to samo. Wyczekujemy świąt jednych, drugich, długich weekendów i świąt narodowych. Robimy plany odnośnie wypełnienia tego ogromu wolnego czasu, który przed nami, a potem jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki czas przyspiesza i z prędkością, i siłą wodospadu święta, święta i po świętach.




















Ale były, były na pewno i tego wrażenia nikt nam nie odbierze, ... no i prezentów:).
Jednak jest coś, co wyróżnia Święta Bożego Narodzenia spośród innych. I nie chodzi mi o karpia na 100 sposobów, 1000 potraw z kapusty i maku, przyrost masy po spożyciu nadmiernych ilości jedzenia i picia, czy dowód na to, że jednak byliśmy grzeczni (a nie grzeszni) w postaci góry podarków.




















Ja uwielbiam te święta za atmosferę, za ludzi. Bo to jedyny czas w roku, w którym tak licznie wracamy do korzeni, by być razem, rozmawiać, bawić się, modlić, wspominać (...tak, tak również jeść). Dzięki temu, że robimy to wszystko razem, to czas niezwykle energetyczny. Spotykając się z najbliższymi - rodziną i przyjaciółmi, ładujemy akumulatory. Utwierdzamy się, dzięki naszym rytuałom, że są na tym świecie rzeczy ważne i niezmienne, takie, które żeby nie wiem co, będą - jak drogowskazy, które przypominają nam o tym, co naprawdę istotne.
Mam nadzieję, że udało Wam się zachłysnąć tym energetycznym koktajlem w czasie tegorocznych świąt, zdrowo pośmiać i powzruszać. I żywię nadzieję, że czekając na następne święta, Znajdziecie w swoich wspomnieniach tonę anegdot, historyjek i opowieści, które co dopiero się wydarzyły i w chwilach zadumy wywołają uśmiechy na Waszych twarzach i uczucie ciepła - gdzieś głęboko w środku.

niedziela, 14 grudnia 2008

Lekarstwo na smutki

Nasze życie to jedna wielka sinusoida. No i zgodnie z tym rytmem, między minimum - a kolejnym maksimum, u mnie ostatnio nie jest najlepiej. Ale, jak już rzeczywistość mi trochę dokopie, to odruchem obronnym organizmu, jest u mnie szukanie małych pozytywnych zdarzeń dookoła.
I faktycznie, jeśli się dobrze przyjrzeć otaczającej nas rzeczywistości, to oprócz wspaniale śpiewających ptaków i ludzi odwzajemniających twój uśmiech na ulicy, jest też sporo takich obrazków, które pozwalają wprowadzić się w stan śmiechu głębokiego, szczerego, rubasznego i za razem uzdrawiającego.



















Zebrałam kilka takich egzotycznych przykładów, które nawinęły się obiektywowi telefonu komórkowego.






































To na prawdę rewolucja, że dzięki komórkom, zawsze gdy wdepniesz na groteskę, to możesz ją uwiecznić i zachować na czarną godzinę.














I może to nie załatwia sprawy smutków, ale pozwala choć na chwilę odreagować rzeczywistość, która każdemu z nas, co jakiś czas daje popalić.



















Metoda sprawdzona, zatem z całego serca polecam. Bo co prawda, być tak zupełnie normalnym, to moim zdaniem żadna zaleta, ale dać się zwariować też nie dobrze.


































Będzie dobrze!:), przecież po nocy zawsze przychodzi dzień.

poniedziałek, 1 grudnia 2008

Landszaft mój wieczorny

Widok przez okno mam industrialny...
... zwykle szaro-buro-kamieniczny, a latem zielono-brunatno - nieustająco kamieniczny.
Krajobraz za oknem mam idealny...
... w zimie ozdobiony białymi plamami śniegu i srebrzystymi soplami, kiedy ciepło - ubogacony wielkim stadem krążących, kojących jeżyków.
Obraz z okna mam szczególny...
... z szeroką panoramą okolicznych dachów, tysiącem anten, milionem okien i wielkimi kominami elektrociepłowni.
Pejzaż za oknami mam wyjątkowy...
... co wieczór po pracy, zamiast Teleexpressu, Złotopolskich czy innej Familiady.

Taki sam, a jednak każdego dnia inny - nie do znudzenia - kicz w naturze.
Landszaft mój powszedni, wyczekiwany, jak relanium, wieczorny.

sobota, 22 listopada 2008

Zimowe obrazy z dzielni

Stało się, ale przecież musiało. Jest zima i musi być zimno. Wiem, wiem – odwieczne prawo natury. Śnieg, mróz i zgrzytanie zębów...

Jako stworzenie bardzo ciepłolubne wraz z dzisiejszym śniegiem, rozpoczęłam najmniej lubiany czas w roku. Wszystko przez te zbyt niskie temperatury.

Ale muszę przyznać, że mroźna aura ma też oczywiście swoją świetlistą i piękną twarz. Maluje dookoła wspaniałe obrazy, upiększa szarą rzeczywistość, czyści brudy, zakrywa góry śmieci i otula wszystko srebrzystobiałą tkaniną.

Na moim balkonie starałam się dziś dla otuchy złapać tę ładność w zimowości. I chyba mi się udało.



















Nawet nasze boisko do koszykówki, okrzyknięte najbrzydszym w mieście, wygląda dzięki zimie, jak dzieło zdolnego twórcy.















I tym sposobem zimowe zdjęcia z dzielni, to jednak prawdziwe obrazy. Aż mi cieplej na sercu. Jakoś tę zimę przetrwam. Tylko więcej zdjęć, spotkań z przyjaciółmi przy herbacie z cytryną oraz imbirem plus kilka wełnianych skarpet i swetrów.

niedziela, 16 listopada 2008

Shantaram

Moja wyobraźnia prowadzi mnie ostatnio do Indii. Wszystko za sprawą Kury (kto nie zna Kury niech żałuje), która poleciła mi książkę magiczną - Shantaram.

Nigdy nie byłam w Indiach, ale czytając, mam nieodparte wrażenie, że faktycznie wiem o czym autor mówi. Napisana jest tak, że czujesz te wszystkie zapachy i smaki, a magia emocji - skrajnych i mocnych, wiruje dookoła, oplata i porywa myśli.

Jest tu też mnóstwo mądrych zdań, takich które pozwalają poprzewracać sobie w głowie i dzięki temu skupić się na sprawach ważnych i przestać się nad sobą użalać. Bo relatywnie rzecz biorąc większość naszych dąsów, smutków, nieporozumień, czy nawet tzw. tragedii, to tak na prawdę nic wielkiego w porównaniu do tysięcy gorszych położeń. Warto chyba o tym pamiętać, bo jest spore prawdopodobieństwo, że żyje się tylko raz. A skoro tak, to szkoda to schrzanić:).

Na potwierdzenie moich słów mała cytata:):
"Myślę, że wszyscy jak tu siedzimy, musimy zapracować na swoją przyszłość... Sądzę, że przyszłość jest jak każda inna ważna sprawa. Trzeba na nią zapracować. Jeśli nie zapracujemy, nie będziemy mieć w ogóle przyszłości. A jeśli na nią nie zapracujemy, jeśli na nią nie zasłużymy, będziemy musieli żyć w teraźniejszości. Albo gorzej w przeszłości. To chyba na tym polega miłość - to metoda zapracowania na przyszłość."

Ta książka, to istny ogień uczuć - wulkan przeżyć, rozmyślań i pragnień.
















Wspaniałe doznanie.

środa, 12 listopada 2008

patataj patataj















Jest taka anegdota, jak jeden facet pyta drugiego: "A Pan skąd pochodzi?", a ten mu odpowiada z lwowskim l: "Ja??, ja z Wroclawia".
No to ja też:). Choć l nie przetrwało, jednak niezaprzeczalnie to moje miasto.

Jak mnie ktoś pyta od kiedy tu mieszkam, to mówię, że od poczęcia. Mamo co Ty na to??:)

Choć jest na mapie Polski jeszcze kilka fajnych miast, z cudnymi ludźmi, miejscami, zakamarkami i niesamowitymi historiami, to Wrocław jest wyjątkowy.
Dlaczego? Wiele razy po spożyciu alkoholu, w akademickich czasach, rozprawiałam na ten temat. Szkoda, że nikt nie nagrywał, byłoby teraz śmiesznie.

Hmmm, może dlatego, że jest tu cieplej niż gdzie indziej w Polsce?, a dla mnie im cieplej tym lepiej.

Może z powodu 220 mostów i kładek? - taaaak robią wrażenie wraz z tą całą wodą i otaczającą zielenią. Do tego wszystkiego trzeba dodać Ostrów Tumski, gdzie jeśli po zmierzchu wdepniesz, to latarnik zapala gazowe latarnie, a jak wracasz z imprezy magicznie je gasi?

I jeszcze kamienice - niezliczone, piękne, dostojne, choć zniszczone i bywa, że zasiedlone przez ludzi, którzy na nie nie zasługują.

Jest w tym Wrocławiu jeszcze to coś - takie wewnętrzne ach, które wychodzi z mieszkańców w chwilach mocnych. Pamiętacie swoje heroiczne akcje na wałach z czasów wielkiej powodzi?

Te strzępy szczególności sprawiają chyba, że można się w tym mieście zakochać. A miłość ta zaczyna się zwykle od rynku, w którym wrze jak w ulu. Stopniowo jednak zakochany, poznaje miasto dalej, dostrzega szczegóły, piękne, stare podwórka, cukierenki na obrzeżach miasta, czy też tą odjechaną rzeźbę konia, autorstwa Zbigniewa Frączkiewicza, która stoi na niewielkim placyku przy blokach w pobliżu skrzyżowania ulic Szewskiej i Wita Stwosza...