sobota, 3 kwietnia 2010

W oparach absurdu

Biegnij!! - powiedziało wewnętrzne fuj, wstawaj i biegnij. Już cały tydzień nie biegałaś leniu jeden, co za brak determinacji - karygodne, niedopuszczalne, niepoważne i takie typowe. To się nazywa słomiany zapał dziewczyno, albo i jeszcze gorzej!!!

Dobrze już, nie gderaj tyle - idę, biegnę, cicho już bądź!!! Ty fuj, żeby tak się człowiek musiał nasłuchać od własnego wewnętrznego fuj. Po co ja Cię w ogóle mam??

No i pobiegłam... Skłodowskiej przez most Zwierzyniecki na Pergolę. W międzyczasie minęłam aż 8 osób. Mam jednak rację - Wrocław to wiocha, tylko studenci wyjadą i żywego ducha jak na lekarstwo.

Wbiegam na Pergolę całą zalaną cudownym ostrym słońcem. Na środku widoczny przedłużający się remont fontanny zaburza znacząco ten spokojny, zwykle harmonijny krajobraz. I w tej oto scenerii, słyszę muzykę dobiegającą z wszystkich głośników zamontowanych dookoła pergoli. Jestem tu sama, a Traviatta Vergiego w tle, potem V Symfonia Beethovena i inne klasyczne utwory. Poczułam się jak w oparach absurdu, biegłam, słuchałam i śmiałam się. W oparach cudownego absurdu.

Jutro tam wracam!

A może to mi się tylko śniło.

Ech cudnie.

... Potem z powrotem przez Most Zwierzyniecki, wzdłuż Wyspiańskiego, do Mostu Grunwaldzkiego i Placem Grunwaldzkim do Skłodowskiej i ... pod prysznic.

2 komentarze:

beti pisze...

Nadal uważam, że przed pracą to kompletne wariactwo! I odbieranie sobie słodkiego snu. No ale skoro Verdi gra... ;-)

Art Gsella pisze...

hm, muzyka klasyczna z samego rana, w dodatku do joggingu... to jak lampka wina przed poludniem albo cappuccino wieczorem... po prostu skandal! ;)