Wrocław po raz kolejny żądał dostępu do morza. Agitowały tłumy zgromadzone na szantowych koncertach. Atmosferta jedyna w swoim rodzaju. A pierwszą wskazówką, po której każdy wilk jeziorny, rzeczny czy morski, choćby i z zamkniętymi oczami rozpozna miejsce koncertu, jest nieodmiennie charakterystyczny, intensywny zapach stęchlizny, wrzarty w mury Wytwórni Filmów Fabularnych. Jakże ten aromat swoją drogą pasuje do tematu przewodniego. To chyba tak specjalnie organizatorzy wymyślili, wybierając z pełną premedytacją na siedzibę szantowego maratonu właśnie WFF.
Małe niedogodności w postaci niedostatecznej ilości toalet oraz piwa marki powszechnie mało znanej i lubianej, nie przeszkodziły nam w odpłynięciu w inną rzeczywistość i przypomnieniu sobie, jak to buja na łódce. Bo przecież bywa, że buja i to mocno, nieprawdaż? Pomagali nam szczególnie Mechanicy Szanty, Orkiestra Dni Naszych i Banana Boat.
Zatem dokładnie studiowaliśmy w formule weekendowej (niektórzy weekend zaczęli już w czwartek - przechodząc program dla zaawansowanych), kwestię złożonych zaburzeń błędnika, towarzyszących wszystkim tym, co na wodzie. Sprawa wymagała czasu, energii, współpracy i zaangażowania. Summa summarum zakończyliśmy w niedzielę o 5 nad ranem. Niektórzy z nas wracali potem na piechotę do domu, pozostali pierwszymi dziennymi tramwajami. Wszyscy udawali się na zasłużony odpoczynek regeneracyjny z mocnym postanowieniem powrotu za rok i kontynuacji niestrudzonej walki o dostęp do morza dla stolicy Dolnego Śląska. I tak do zwycięstwa.


2 komentarze:
Bosko Bosko i jeszcze raz Bosko!! tak jak cały koncert:D:D:*
Klimat się ociepla, może zrobi się bliżej do morza...? Tzn... jak już stopnieje ten cholerny śnieg.
Prześlij komentarz