Są pewne uroki - smaczki życia, które już nas z całą swoją wspaniałością raczej nie dosięgną. Bo oczywiście pieniądze dają nam większą swobodę i możliwość realizacji marzeń. Niby dzięki nim można wszystko, czy też prawie wszystko. Jednak prawie, jak mawiają spece od reklamy, robi różnicę...
Można jednak sobie powymieniać możliwości jakie mamy. Takie na przykład podróżowanie po świecie wzdłóż i w szerz, albo nauka medytacji w indyjskiej aśramie pod okiem wspaniałego guru, lub też kupienie pływającego domu i urządzenie 2 tygodniowej balangi w toku nurtu rzeki długiej i szerokiej. Tak, to jest możliwe, za niewielką opłatą, prawdopodobne i osiągalne:)
Ale smutna refleksja przy okazji obsrewacji wakacji w mieście mnie dopadła, że nie wszystko można kupić. I tak, patrzyłam ostatnio na moje kamieniczne podwórko, obserwując lokalsów. Banda dzieciaków z dzielni pod moim oknem, zadowolona z monsunowej ostatnio odmiany wrocławskiego klimatu, tetłała się w błocie z dziką rozkoszą.
Oj tak, pamiętam to z dzieciństwa. Duża kałuża to było to! Plus czerwone kalosze oczywiście. Reszta, to już była nasza wolna amerykanka. Po powrocie do domu własna matka mnie nie poznawała, potem było jeszcze tylko trochę krzyku, trochę płaczu, bo szampon się dostał do oczu - AAJJJ MAMO PIECZE!!!!!, ale po tym wszystkim uczucie satysfakcji pozostawało. Zrobiliśmy przecież fantastyczne błotne tunele. Na środku rozlewiska powstała wspaniała czarna wyspa i był most zwodzony ozdobiony kapslami po Pepsi i Staropolance. Nie mówcie, że tego nie przeżyliście. Fantastyczne.
Ale kurcze, tego sie już nie powtórzy, za żadne pieniądze:(.
Bo nawet jakby sie tak człowiek oddał tej całej wyobraźni, mocy wspomnień i zwierzęcemu pędowi do przygody, to władowawszy sie do jakiejś apetycznej kałuzy, możnaby w środku szampańskiej zabawy, skończyć w Tworkach na przedłużonym turnusie rechabilitacyjnym.
Nie kupisz już też możliwości nieskrępowanego łażenia po drzewach, skakania w gumę, plucia na odległość (no to można, tak można, niedawno próbowałam, ale nie w każdym kręgu można - tylko w zaufanym...;)). Nawet z głupim wchodzeniem do domu przez okno mogłyby być kłopoty. Nie mówiąc już o sikaniu w krzakach. A co to niby kogo obchodzi!!!
Ale jednak obchodzi. Czasem za bardzo!
Muszę jednak przyznać, że samo patrzenie na te dzieciaki, spowodowało, że zrobilo mi się bardzo wesoło. Przypomniałam sobie moje budowle, dosłownie okładanie się błotem i całodzienne zabawy na powdórku od rana, aż do: "pamiętaj, tylko wróć, jak się zacznie ściemniać". Rety, ale było fajnie.
Teraz pozostały co najwyżej kąpiele błotne w SPA - ale obciach. Chociaż, jeśli tak wysilić wyobraźnię, to może być pewnie nawet zabawne. No i jak się skompletuje odpowiednią ekipę. Kasia!, Agata!, co powiecie na błotną kąpiel w SPA?
Ps. Przypomniało mi się moje ulubione zdjęcie z Turcji, z kąpieli błotnych właśnie. Do dziś śmieszy mnie do łez.

1 komentarz:
Kochana,
wzruszyłam się, z tym SPA może być chwilowo problem,kryzys ciągle plącze mi się pod kurzymi skrzydłami. Jednak sprawiłam sobie ostatnio nieco przyjemności sikając w krzakach, a żeby było incognito uczyniłam to w mieście Łódź,o którym idąc za Pazurą, można powiedzieć Łódź kurwa Łódź....więc sikać też można i to za darmo przy zachowaniu niewielkiej ostrożności. Apropos mam nadzieję, że moi ulubieńcy ze straży miejskiej za sikanie w miejscu publicznym liczą sobie mniej niż za holowanie auta;), i jak się ma do tego toaleta publiczna (jak sama nazwa wskazuje;), z pozdrowieniami z letniej stolicy - kura
Prześlij komentarz